Maciek Meller - gitarzysta i współzałożyciel inowrocławskiego zespołu Quidam. Przez niemal 18 lat działalności zespołu nagrał dziewięć płyt promując je podczas licznych koncertów w kraju i za granicą. Grywał u boku takich gwiazd jak John Wetton, Colin Bass czy polski SBB.
- Jak zaczęła się twoja przygoda z gitarą?
W piątej klasie podstawówki przyszedł do naszej klasy nowy nauczyciel muzyki. Zaczął tworzyć zespół w ramach ogniska pracy pozaszkolnej - wtedy jeszcze taka instytucja istniała (śmiech). Jak to zwykle bywa, wyłowił kilka osób, które miały jakiś tam słuch i od podstaw zaczął nas uczyć. Na początku nie byłem zainteresowany grą na gitarze - prawdę mówiąc nie byłem zainteresowany jakimkolwiek innym instrumentem. Bardziej pochłaniała mnie wtedy koszykówka. Mimo wszystko ze strachu przed nauczycielem zgodziłem się, żeby nie mieć jakichś niepotrzebnych przykrości. Już po pierwszych próbach zaczęło mnie to coraz bardziej wciągać. Graliśmy długo, trwało to chyba z 3 czy 4 lata. Mniej więcej po roku, gdy poznałem pierwsze akordy, zacząłem samodzielnie szukać i próbować innych rzeczy - oczywiście z pomocą muzyki, która znajdowała się dookoła mnie i którą sobie znajdowałem. Nie jestem więc wykształconym muzykiem.
- Już wtedy dołączyłeś do jakiegoś zespołu?
Cały czas grałem ze szkolnym bandem. To było coś w rodzaju młodzieżowego zespołu rozrywkowego (śmiech). Była gitara, bas, perkusja, jakiś klawisz i dwie wokalistki. Występowaliśmy w takim składzie na szkolnych apelach chyba do końca ósmej klasy. W tym czasie z nikim innym nie grałem. Oczywiście ciągle doskonaliłem swój warsztat, ale nawet chyba nie myślałem z założeniu swojego zespołu. Dla mnie gitara to było wciągające hobby, z którym zupełnie nie wiązałem przyszłości. Pamiętam, że sporą inspiracją był dla mnie wtedy zespół The Beatles, szczególnie późniejsze płyty. Kilka numerów nawet graliśmy.
- Kiedy obowiązek stał się pasją?
W zasadzie już od początku to była czysta pasja. Szybko przekonałem się, że gra na gitarze daje mi kupę frajdy. Jeśli miałbym to podzielić na jakieś etapy, to pierwsze cztery lata były okresem, w którym nie grałem w ogóle solówek. Nie było też miejsca na improwizacje, grałem wyłącznie akordami. Dowiedziałem się czym jest harmonia, poznałem sporo ciekawych chwytów. Dopiero w szkole średniej dołączenie do innego zespołu, z innymi ludźmi, w innym mieście zmieniło moje podejście do gry. Powstał Quidam - wtedy jeszcze pod nazwą Deep River. Na początku graliśmy Beatlesów a z upływem czasu całość ewoluowała w kierunku blues-rocka. Wśród moich znajomych panowała wtedy fascynacja Dżemem, wtedy też podjąłem pierwsze próby gry solowej, pojawiły się pierwsze sola, pierwsze improwizacje i ogólnie próby ugryzienia tej kwestii. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że blues jest doskonałą formą nauki.
Szczerze mówiąc ja nigdy nie potrafiłem ćwiczyć. Nigdy nie umiałem się zmobilizować, żeby dłubać w jakichś skalach, chociaż uważam, że jest to interesujący temat i kiedyś bardziej chciałbym się w to zagłębić. Przede wszystkim musiałbym znaleźć czas i człowieka, który mógłby mnie w to wprowadzić, bo samemu trudno jest mi usiąść i zadziałać. Być możne oprócz pentatoniki korzystam z jakichś dodatkowych dźwięków, ale robię to intuicyjnie. To nie jest świadome i nie myślę o tym w trakcie gry. Krótko mówiąc jestem intuicyjnym gitarzystą (śmiech). W całym etapie mojej edukacji większość czasu spędzałem nad rozgryzaniem kawałków moich ulubionych zespołów. Kopiowałem jakieś zagrywki, szukałem sposobów na ich połączenie. Zaryzykuję stwierdzenie, że taka forma nauki najbardziej mnie rozwinęła.
- Jak wygląda w twoim przypadku proces pisania nowych numerów?
Często jest tak, że coś wpada mi do głowy podczas zwykłego „pitolenia” w domu. Potem wszystko to ewoluuje na próbach, gdy każdy przynosi coś swojego. Część napisanych przeze mnie partii gitarowych powstało podczas improwizacji na próbach. Często jest tak, że wyłączam się na 5 minut z próby, jest papieros i powstaje nowy riff, na którym później już wspólnie budujemy strukturę utworu.
- Jakim sprzętem aktualnie dysponujesz?
Mam dwa wzmacniacze. Głównym, można powiedzieć podstawowym wzmacniaczem koncertowym jest Budda Super Drive 18W, do tego kolumna Buddy 2x12. Drugi wzmacniacz to 100-watowy Sun, na którym przez wiele lat grałem. Oczywiście nie używam dwóch na scenie. Gram na PRS-ie Custom 24. Mam też pedalboard z efektami MXR'a, Fulltone'a, kaczką Buddy, pedałem volume firmy Ernieball i preampem L.R. Baggs.
- Bez którego z efektów nie ruszyłbyś się z domu?
Lubię wszystkie efekty które mam. Bardzo jestem zadowolony z Fulltone'ów. Mam świetne tremolo Supa-Trem, świetny chorus Choralflange, znakomity Ultimate Octave Fuzz. Lubię mojego phaser'a od MXR - mam klasyczną 90-tkę, jestem bardzo z niego zadowolony. Ostatnio duże wrażenie zrobił na mnie delay T-Rex Replica. To zdecydowanie najlepszy podłogowy delay jaki słyszałem, jeśli chodzi o symulacje starego, taśmowego delaya oczywiście. Muszę też wspomnieć o Jazzy Drive MarkL Custom i nowych nabytkach firmy EVENTIDE: Timefactor i Modfactor
Tak, jeszcze do niedawna towarzyszył mu Fender Stratocaster Clasic Player Custom Shop, ale sprzedałem tą gitarę.
W domu mam starą Yamahę FG-461S. Nagrałem na niej kilka pierwszych płyt. Gram na niej do tej pory, choć na nagrania pożyczam czasem lepszy sprzęt od swoich kolegów. Gitara akustyczna to nie jest mój podstawowy instrument, dlatego nie planuję jakichś inwestycji, tym bardziej, że płytę nagrywamy raz na półtora roku, więc to mi się zwyczajnie nie opłaca. Na ostatniej płycie grałem na kanadyjskiej gitarze Larrivee - to bardzo wysoka półka. Jeśli chodzi o koncerty, to mój PRS bez problemu daje radę. To bardzo uniwersalny instrument, na którym ze znakomitym skutkiem mogę zagrać cały koncert. Ma świetne brzmienia mocniejsze, a dwa single dają mi świetne barwy crunch. Nie mam potrzeby co numer czy dwa zmieniać gitary. Gdy jeszcze miałem tego Fendera to grałem na nim jeden numer w całym secie, co też jakoś pośrednio świadczy o klasie PRS-a. Pośrednio, ponieważ druga gitara była dla mnie kłopotem. Wiadomo Fender od PRS-a różni się znacząco przetwornikami i musiałbym zmieniać konfigurację, przede wszystkim wzmacniacza.
- Gracie bardzo dużo koncertów. Czy w jakiś sposób rozgrzewasz się przed koncertem? (śmiech)
(śmiech) Jeśli pytasz o granie, to raczej nie. Nie jestem szybkim gitarzystą - jednym z moich mistrzów jest David Gilmour z Pink Floyd. Już z definicji oznacza to mało wyścigowe, długie dźwięki. Nie gram ekstremalnie szybko, dlatego nie mam potrzeby, żeby rozgrzewać palce. Wystarczy, że w trakcie soundcheck'u pogram sobie trochę - to mi wystarcza.
- Mam wrażenie, że jesteście znani bardziej za granicą, niż w Polsce...
To jest taka etykietka, która do nas dawno temu przylgnęła. Nie ma ona już jednak potwierdzenia, bo gramy aktualnie więcej koncertów w Polsce, z czego zresztą się cieszę. W tym roku (wywiad był przeprowadzany pod koniec 2008 - przyp. red.) zagraliśmy ok 40 koncertów w kraju, podczas gdy na zachodzie zagraliśmy chyba 5, także te proporcje się zmieniły. Kiedyś rzeczywiście sporo graliśmy na zachodzie, mięliśmy więcej zaproszeń - było przede wszystkim łatwiej zagrać w Europie i za oceanem za godziwe pieniądze i na godziwych warunkach. W pewnym momencie nastąpiła w Quidam zmiana składu i mam wrażenie, że musimy swoją pozycję troszkę odbudować na tamtym rynku. Bardzo się cieszę, że w Polsce coraz więcej ludzi przychodzi na nasze koncerty i że jest coraz większe zainteresowanie tą muzyką.
- Za ile gracie na zachodzie? Jeździcie ze swoim sprzętem?
To zależy. Powiedzmy, że około 1000 Euro to godziwa stawka :-) Jeśli chodzi o sprzęt - w Meksyku miałem tylko swoje efekty i gitarę. Wzmacniacze były na miejscu, podobnie jak instrumenty klawiszowe i perkusja. Natomiast np. w Brazylii, po przygodzie z Meksykiem, gdzie w transporcie niektóre rzeczy się uszkodziły, zorganizowałem sobie prawie wszystko na miejscu, włącznie z gitarą. Takie rozwiązanie też nie jest najlepsze, chociaż na tamten moment wydawało nam się doskonałym. Taki transport sprzętu jest bardzo kosztowny, dlatego trzeba tu bardzo uważać z ekonomią, tym bardziej, że jak się okazuje sprzęt nie jest z kamienia :-)
- Sprzedałeś Stratocastera - czy to się wiąże z jakimiś roszadami sprzętowymi?
(śmiech) Tak, choć powiem szczerze, że to była trudna decyzja. Strat to znakomity instrument i chciałbym mieć takiego Fendera pod ręką, oprócz Les Paul'a oczywiście (śmiech). Pewnie dlatego, że to są gitary, które po prostu trzeba mieć do zadań zarówno koncertowych jak i studyjnych. Swojego Stratocastera sprzedałem ponieważ dojrzałem do zrobienia systemu do sterowania całym sprzętem. Jestem po wstępnych rozmowach z Markiem Laskowskim z Trójmiasta (właściciel firmy Mark L - przyp. red.), który zrobił systemy m.in. dla Grześka Skawińskiego, Behemotha, Riverside czy Marka Napiórkowskiego. Marek jest jednym z pierwszych ludzi w Polsce (chyba, że o czymś nie wiem?), którzy kompleksowo budują kompletne systemy do sterowania efektami. Wystarczy wysypać mu na warsztat efekty, a on to wszystko zaprojektuje i skonfiguruje do pracy. Także już niedługo mój sprzęt w całości będzie sterowany przez MIDI i nie będę musiał deptać kostek. Będzie to wyglądać w ten sposób, że wszystkie kostki z pedalboardu, oprócz kaczki i pedału głośności powędrują do szuflady w racku. Każdy efekt będzie miał swoją pętlę sterowaną poprzez MIDI. Jednym ruchem będę mógł zmieniać konfiguracje całego mojego sprzętu, włącznie ze zmianą kanałów we wzmacniaczu. Takie rozwiązanie jest bardzo wygodne i bezpieczne scenicznie. Poza tym w muzyce Quidam sporo się dzieje i nie zawsze jestem w stanie na czas przełączyć to czy tamto na ciemnej scenie.
- Budda to nie jest popularny sprzęt w naszym kraju. Dlaczego wybrałeś właśnie ten wzmacniacz?
Kiedyś grałem na tranzystorowym Rolandzie Jazz Chorus. Do dziś uważam, że jest to znakomity piec, ale w pewnym momencie zacząłem dryfować w stronę przesterowanych brzmień. Zaczęło mi trochę brakować lampowego soundu, którego tak naprawę jeszcze nie znałem. Zacząłem szukać czegoś innego i kupiłem combo Rivera Knucklehead 55W. Byłem zadowolony, bo to był dla mnie przeskok w zupełnie inną jakość, jednak po czasie stwierdziłem, że ten rodzaj przesterowania mi nie odpowiada. Było dla mnie za bardzo piaszczyste i jazgotliwe, dlatego sprzedałem go i kupiłem Sunn'a, który już był tym o co mi chodziło. Potem się okazało, że jest jeszcze wyższa półka, że są inne konstrukcje. Wybrałem Buddę z kilku powodów. Na pewno jest wzmacniaczem bardzo dynamicznym, bardzo dobrze brzmiącym klasycznie, ale jednocześnie soczyście, pełnie i...nowocześnie. Głupio to może brzmi, bo jedno wyklucza drugie, ale coś w tym jest, ma taki swój charakter. Tak naprawdę Budda ma bardzo prostą konstrukcję - posiada wspólną korekcję dla obu kanałów. Dzięki Piotrowi Migatulskiemu z Edo Studio z Dzierżoniowa, który jest dystrybutorem tej marki na Polskę, miałem możliwość zagrać na modelu SD45 bodajże - on jest na innych lampach, niż ten, który mam ja. No i coś mnie urzekło w tym brzmieniu, zapragnąłem zmiany i napisałem do Scott'a Sier'a, który jest prezesem i założycielem firmy. Przedstawiłem się, zapytałem czy byliby zainteresowani współpracą. Okazało się, że są na tyle zainteresowani, że dostałem dobrą cenę. Wybrałem SD18 ponieważ w zupełności wystarcza mi „mocowo” no i super brzmi – jak dla mnie. To znakomity sprzęt, polecam jeśli ktoś ma więcej gotówki.
Na razie spokój. Sporo ostatnio koncertowaliśmy, więc przyda się chwila przerwy przed trasą po Europie z zespołem After, która odbędzie się na przełomie marca i kwietnia. Po powrocie odsapniemy z dwa, trzy dni i zaczniemy się spotykać na próbach. Powiem tak, byłoby fajnie gdyby późną jesienią ukazała się kolejna płyta. Z pewnością próby będą intensywne, bo chcielibyśmy spróbować nagrać materiał „na setkę”. Strona internetowa: Quidam
Rozmawiał: Michał Wasyl |