|
Z gitarami z serii Thunderbird jest
pewien problem. Otóż większość osób decydujących
się na zakup tego instrumentu kupuje go... oczami. Tak: oczami. Bez
względu na to czy jest to Gibson, czy Epiphone, kształt tej gitary
przyciąga uwagę wszystkich bez względu na to, czy jest to
nastolatek rozpoczynający swoją muzyczną przygodę, czy stary
rockendrolowy wyjadacz który tę przygodę kończy.
Wojciech Tokarz

Co więcej, niemal każdy kto rozpoczął
„współpracę” z tym instrumentem kontynuuje ją już
zawsze, przy czym jedni kupują kolejne modele (nowsze, ładniejsze,
ulepszone), inni – niczym legendarni fanatycy Junaków
spędzający całe dnie na ich naprawie, praktycznie na nich nie
jeżdżąc, „tuningują” swoje wiosła wymieniając czy
modyfikując osprzęt wg. własnych receptur. Tak czy owak, wszyscy
zakochani są bez pamięci w kształcie tej gitary, która
niezmiennie niemal od pół wieku pieści nasze zmysły
wyrafinowaną formą, agresywną i szlachetną zarazem, nie
pozostawiając najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z
Legendą.

Epiphone Thunderbird Pro piątej
generacji kontynuuje rockową krucjatę dla nieco mniej zamożnych
Klientów. Trzeba otwarcie powiedzieć, że jakościowo t-birdy
epiphona ustępują „oryginalnym” Gibsonom, jednak relacja cenowa
pozwala wybaczyć niewielkie
niedogodność, a za „oszczędzone”
pieniądze można zmodyfikować swój instrument i nadać mu
indywidualny styl.

Do testów otrzymaliśmy
czterostrunowy bass piątej generacji (istnieje także wersja
5-strunowa) i jako pierwszy sygnowany jako PRO. Thunderbird Pro
wyposażony jest w gryf z siedmiu części drewna
(orzech/klon/orzech/klon/orzech/klon/orzech) o konstrukcji typu
„through-body” (gryf przechodzi przez całą długość korpusu
gitary) dzięki której otrzymujemy doskonałe brzmienie i
sustain. Gitary wyposażone są w humbuckery T-Pro z aktywną
elektroniką i EQ. Testowany egzemplarz prezentuje się bardzo
solidnie i okazale. Oczywiście jak wszystkie t-birdy jest lekko
przechylony ku główce, jednak w tym przypadku ma się
wrażenie, że konstruktorzy nieco zbalansowali instrument. Ale może
to być czysto subiektywne odczucie testującego. Po pierwsze –
jestem dumnym właścicielem dwóch starszych modeli
Thunderbirda, a poza tym z reguły zawieszam bas bardzo nisko (na
biodrach lub niżej), co w pewien sposób wpływa na ustawienie
gitary. Nawiasem mówiąc jest to chyba jedyne godne polecenie
zawieszenie tej gitary, która jednak używana jest przede
wszystkim przez miłośników mocniejszego uderzenia, niemal
zmarginalizowana w innych przestrzeniach muzycznych.

Podobnie jak w przypadku t-birdów
starszej generacji gitara brzmi niesłychanie ciepło i atłasowo.
Przy standardowym setupie sprawdzi się również w bluesie.
Bez dobrania indywidualnych przystawek lub dodatkowej kosteczki
distortion trudno o wypracowanie ostrzejszego brzmienia. Chyba, że
instrument ma służyć do grania niezobowiązującego tła, wówczas
doły wydają się dosyć ciekawe, głębokie, pełne, jednak o
stosunkowo małej różnorodności. Zastosowane w modelu
aktywnej elektroniki niewiele tu zmienia, choć okazuje się, że
wyższy poziom sygnału wychodzący z aktywnego preampu do
wzmacniacza pozwala łatwiej przesterować wzmacniacz. Mimo to jeśli
chodzi o brzmienie, różnice między t-birdem aktywnym a jego
pasywnym poprzednikiem są niemal lub wcale niezauważalne. Jednak i
tu wracam do tego co powiedziałem na początku, jest to raczej
kwestia indywidualnego podejścia. I siły w łapie :-)

Zaletą zastosowaniu dodatkowego układu
elektronicznego na pewno zwiększa odporność na interferencje
płynące z otoczenia. W efekcie mamy całkowity brak zakłóceń
spowodowanych urządzeniami zewnętrznymi, oświetleniem, czy innymi
instrumentami. Jednak wybór pomiędzy aktywnym czy pasywnym
instrumentem jest w przypadku Thunderbirda kwestią indywidualnej
preferencji, gdyż Thunder tej gitary jest zależny przede wszystkim
od zastosowanych przystawek. W teście użyliśmy zarówno
fabryczne przystawki, jak przystawki EMG i
DiMarzio, które –
zwłaszcza w wysokim przesterze – dały ciekawy efekt świetnie
nadający się do mocnego, czadowego grania. Oczywiście przy grze
kostką.

Ważna uwaga! Jeśli bas jest
prawidłowo skonfigurowany, nie ma naprawdę potrzeby poszczególnych
regulacji wysokości. Warto więc zadać sobie trochę trudu na
starcie, unikniemy wówczas wielu problemów z
ujednoliceniem pasma. Co do wykonania – nie ma żadnych zastrzeżeń.
Progi są dobrze przeszlifowane, gitara stroi na progach. Zaskakująco
wygodny jest gryf! Niewiele przypomina historyczny opiłowany na
kształt trzonka łopaty pierwowzór. Fabrycznie akcja strun
była jak dla mnie ciut za wysoka, ale obniżenie strun nie stanowiło
problemu. Na scenie doceniłem fakt aktywnej elektroniki – na
niewielkiej, mocno zagęszczonej scenie nic nie brumiało, jak w
moich starszych Thunderbirdach.

Podsumowanie
Epiphone Thunderbird PRO-IV to ciekawy
eksperyment. Producent wkłada w nasze ręce pięknie wykonany
kultowy model w bardzo korzystnej cenie. Dodatkowo ten model oferuje wyjątkową wygodę gry! Ta kwintesencja rock'a
kosztuje zaledwie około 1700 zł! Choć w niektórych sklepach
można go znaleźć taniej. W każdym razie ten model dołączył do
mojej kolekcji. Polecam wszystkim wielbicielom mocnego rockowego i
metalowego grania.
Specyfikacja Epiphone Thunderbird PRO-IV NO
- Kolor: Natural Oil (NO)
- Korpus:
Mahoń
- Gryf: 7-częściowy
(orzech/klon/orzech/klon/orzech/klon/orzech)
- Profil gryfu:
SlimTaper™ Bass
- Konstrukcja gryfu: Through-Neck
- Pręt
regulacyjny: 2-stronny, Double-Action
- Podstrunnica:
Palisander
- Promień łuku podstrunnicy: 12”
- Progi:
20-Medium/Jumbo
- Menzura: 34”
- Szerokość siodełka: 1.50”
(4-strunowy)
- 1.93” (5-strunowy)
- Przetwornik przy gryfie:
Epiphone T-PRO™ Bass Humbucker
- Przetwornik przy mostku: Epiphone
T-PRO™ Bass Humbucker
- Mostek: Flush-mount, w pełni regulowany
- Kontrolki: Master Volume, Blend, High-EQ,
Low-EQ
- Klucze: Premium Die-Cast Bass
- Wyjście: 1” Mono, Metal
Jack Plate
- Osprzęt: Czarny
Do testów dostarczył: Lauda Audio



|